"Wesele", hej... wesele (cz. 2)

Prapremiera "Wesela" odbyła się w niespełna cztery miesiące po prawdziwym weselisku. W tym roku, nim dotarłem do Rydlówki, odwiedziłem pracownię Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, przy ul. Krowoderskiej 79. W poprzednim odcinku przypomniałem, że Wyspiańscy przeprowadzili się tam, po swoim cichym ślubie, bo wcześniej mieszkali w jednym zagraconym pokoju, w kamienicy przy południowej ścianie placu obok kościoła Mariackiego. Dopiero później, kiedy Wyspiański już pisał "Wesele", przeprowadzili się na Krowoderską. Tam w siedem lat później Stanisław pożegnał swoich najbliższych na zawsze.

Ogromny błękitny pokój, sztaluga, krzesło, na nim krakowska sukmana chłopska. I na sztaludze autoportret Wyspiańskiego

S. Wyspiański - autoportret

Ten który wszyscy znamy. Nie późniejszy przedstawiający schorowanego malarza, ale ten z dziarskim jeszcze autorem "Wesela". - Ileż było siły - myślę w zadumie, stojąc w tym błękitnym pokoju - w tym tytanie ducha, który będąc wcześniakiem, urodzonym na dwa miesiące przed zaplanowanym rozwiązaniem, w 1869 roku, potem człowiekiem trawionym, nieuleczalną jeszcze wtedy chorobą który przeżył swój cichy ślub i weselisko swego przyjaciela Lucjana Rydla zaledwie o siedem lat, bo zmarł przedwcześnie w 1907 roku - przekazał nam tyle cudownych dokonań. Wierszy, dramatów scenicznych, witraży, obrazów, malowanych naprędce pasteli, jak choćby ta, która przedstawia portrecik jego śpiącego synka, W iluż domach "Śpiący Staś" jest, jako reprodukcja, ozdobą salonów. Dla mnie jest jednym z arcydzieł mistrzowskiego operowania kredką.

Niewielu wie dzisiaj, że żona "Śpiącego Stasia", Leokadia Wyspiańska, mieszka po dziś dzień w Krakowie i jako wdowa, synowa wielkiego Mistrza, uczestniczy w wielu uroczystościach upamiętniających i wesele u Rydlów i prapremierę "Wesela". Syn Staś miał zaledwie kilka lat, kiedy odchodził na zawsze, jego ojciec. Bardzo kochał Stanisław Wyspiański swojego pierworodnego, bo kiedy umierał, powiedział podobno: "...widzę Stasia... " Dzisiaj synowa zapewnia, że dla niej teść: "był po prostu... bogiem" i że kocha go po dzień dzisiejszy.

Czy w wielkim fenomenie "Wesela" i biografii Wyspiańskiego nie ma czegoś tajemniczego?

Ta mistyka ślubu i wesela Rydlów, szybkość powstawania dramatu, tajemniczość akcji i "dramatis personae", wydarzeń poprzedzających prapremierę? Być może ulegam magii dramatu, który po raz pierwszy obejrzałem w Krakowie jako 10-letni chłopiec. Być może ulegam magii miejsc związanych z Wyspiańskim, jego twórczością, z Rydlami i Tetmajerami. Ale przecież fakty, też są dziwne. Co najmniej!

S. Wyspiański: Macierzyństwo, pastel, 1905 - Muzeum Narodowe, Kraków

Przecież na kilka dni przed prapremierą, rodzina Rydla zmieniała gotowe już plakaty, na których, jako "osoby dramatu" podane były znane krakowskie nazwiska. Nigdy dotąd sztuka nie tkwiła tak bezpośrednio w życiu. Helena Rydlowa, matka Pana Młodego, podobno w porozumieniu z Elizą Pareńską, matką Zosi i Maryny (potwierdza to dzisiaj Maria Rydlowa) zmieniła afisze "Wesela". Zamiast prawdziwych imion dziewcząt pojawiły się: Aniela, Krysia, Klara.

Po prapremierze, kiedy już zapaliły się światła w Teatrze Miejskim, kierowanym przez Józefa Kotarbińskiego, sala milczała, jakby zamarła. Kurtyna Siemiradzkiego opadła i panowała grobowa wręcz cisza. Przez te chwile, aktorzy przekonani byli, że klęska jest... totalna! Dopiero w dobrych kilka chwil potem wybuchły oklaski i aplauz widowni. Ludzie na widowni jakby oszaleli, aktorzy z trudem uzmysławiali sobie, że uczestniczą w wielkim przeżyciu. Czy przypuszczali wtedy, że po raz pierwszy byli odtwórcami... arcydzieła, o którym głośno i głośno będzie przez dziesiątki lat, przez więcej niż wiek, przez następne wieki.

Kraków szalał. Wyspiańskiemu po którymś przedstawieniu wręczono wieniec z napisem "44", czym pasowany został na kolejnego wieszcza narodu

Posypały się zamówienia na jego prace, na czwartym przedstawieniu "Wesela", czyli 22 marca, autora wywoływano przed kurtynę Siemiradzkiego jeszcze przed rozpoczęciem I aktu, a po II akcie owacje sięgały zenitu nieba nad Krakowem. Jeden z wieńców, jakie wręczono w teatrze Wyspiańskiemu, uwity był z... bilecików wizytowych wielbicielek i wielbicieli jego talentu. Z lóż, balkonów, krzeseł sypały się na scenę bukiety kwiatów, tak, że po spektaklu zasłana nimi była dosłownie. A wszystko to w niespełna cztery miesiące po prawdziwym weselu. Czyż nie dziwne to wszystko?

W tym teatrze po raz pierwszy w 1901 roku wystawiono "Wesele"

Każdy przełom wieków cechuje mistyczne podejście do wszelakich zjawisk

Być może zainteresowanie fenomenem Wyspianskiego jest niczym innym, jak tylko nowym mitem, który miastu dodaje blasku, epoce Młodej Polski przydaje nurtów ezoterycznych i rozwija mistycyzm, który na młodopolskim gruncie też był silny. - Kiedy ludziom jest źle, zawsze znajdują jakieś "święte" kamienie, które dają im energię życiową - uważa prof. Michał Rożek, historyk, znawca sztuki i kultury, tajemnic Krakowa i autor wielu książek i artykułów o Krakowie. Potwierdza jednak, że nie trzeba ludzi pozbawiać iluzji, skoro myślą, że dzięki czemuś, czy komuś, na przykład poczuli się wyleczeni z choroby. Sugestia czyni cuda! To wiemy nie od dzisiaj.

- Nieprawdą jest - twierdzi dzisiaj Maria Rydlowa - że było, jak pisze Boy - iż po premierze "Wesela" Rydel chodził i opowiadał ludziom, że "Wyspiańskiemu pyski zbije...". Pani Maria wie z pierwszej ręki, że po premierze, Rydel podszedł do loży Estreicherów i powtarzał: "Wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe..." Mówiła jej o tym Maria Estreicherówna osobiście. Zatem Pan Młody wcale nie obraził się na autora dramatu. Włodzimierz Tetmajer (Gospodarz) nie był na premierze. W czas jakiś dopiero obejrzał przedstawienie na zaproszenie dyrekcji teatru i napisał do Wyspiańskiego serdeczny list z gratulacjami. Podobnie uczynił jego przyrodni brat Kazimierz Przerwa-Tetmajer (Poeta).

Z dnia na dzień poprawiła się finasowa sytuacja Wyspiańskich

Magia tego miejsca przyciąga setki wycieczek z całego kraju

Napływały tantiemy, honoraria, wzrosło zainteresowanie jego obrazami. Podobno za namową żony, z trudem wiążącej koniec z końcem przy wychowaniu trójki dzieci, Wyspiański zażądał od dyrektora Kotarbińskiego nie jak dotychczas... 10 procent od utargu z przedstawienia, lecz... 100 złotych reńskich za wieczór. Dyrektor słynął z tego, że miał węża w kieszeni, więc usiłował się jakoś wykręcić. Wtedy Wyspiański napisał do niego te m.in. słowa: "...Wesele, jest to dramat, na którym Kochany Dyrektor nie traci, teatr bywa wysprzedany, pełno jest ludzi (...) więc nie nadużywam teatru, jeśli chcę od wieczoru 100 złr, bo dla mnie to teatr zrobić może, bo jest tym razem warto (...)"

Potem krakowski sukces szybko rozniósł się po rozdrapanej przez zaborców Polsce. Społeczeństwo Lwowa wystosowało zbiorowe pismo do tamtejszego dyrektora Pawlikowskiego, domagające się wystawienia w tym mieście "Wesela". Stało się to w dwa miesiące później, również przy żywym udziale poety, 24 maja 1901 roku.

Dramat wkroczył na polskie sceny i utrzymał się na nich ponad 100 lat

Był wystawiany najczęściej, doczekał się nawet filmowej ekranizacji. W dwudziestoleciu międzwojennym była to najsłynniejsza realizacja Zelwerowicza w warszawskim Teatrze Polskim w 1922 roku. Iwo GallJuliusz Osterwa wystawili "Wesele" w wileńskiej "Reducie" w 1926 r., a potem w 25. rocznicę śmierci poety, w 1932 r. Po II wojnie sztuka była wystawiana prawie corocznie. Wystawiali ją i HanuszkiewiczWajdaLidia ZamkowPiotr Paradowski. Jest wiele archiwalnych nagrań Polskiego Radia. Sam uwielbiam słuchowisko radiowe z I. Gogolewskim (Pan Młody), Z. Kucówną (Panna Młoda), G. Holoubkiem (Poeta), A. Łapickim (Dziennikarz), I. Eichlerówną (Radczyni), K. Opalińskim (Dziad) i innymi. Sztuka żyje wśród nas, żyje w naszej pamięci jej autor, żyją osoby dramatu. Jan Rydel, historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, prawnuk Lucjana uchodzi dzisiaj za pierwowzór głównego bohatera "Wesela". Anna Rydel, praprawnuczka JadwigiLucjana jest dzisiaj wizażystką. JanAnna są przedstawicielami najmłodszego pokolenia rodu Rydlów, który podobno wywodzi się ze Szkocji. Niedawno ponad 80 członków rodu Rydlów spotkało się na tym sławnym kawałku ziemi w Bronowicach, by utrzymać tę ziemię przy rodzinie swojej. Maciej Rydel powiedział: "- Nie miałem żadnych wątpliwości, że nasze spotkanie powinno odbyć się w Rydlówce. Tak wiele rodzin w Polsce utraciło swoje rodzinne domy, a nasz przetrwał. Mieliśmy szczęście..."

Zabiegało o Rydlówkę kilka pokoleń. Najpierw wdowa po Lucjanie, Jadwiga, potem ich córka Helena, w końcu wnuki: AnnaJacek z żoną Marią. Dzięki ich staraniom, w latach sześćdziesiątych dworek uznany został przez władze PRL za Muzeum Młodej Polski. Dzisiaj kustoszem jest wymieniana już przeze mnie wielokrotnie pani Maria Rydlowa, polonistka z wykształcenia. Wraz z synem Janem mieszkają w Rydlówce. W pobliskiej Tetmajerówce mieszka: Jadwiga, córka Włodzimierza, weselna Isia, która przeganiała chochoła. Zjeżdżają dziś do Bronowic współplemieńcy z całego świata. Z Polski, Niemiec, USA. Szukają drzewa genealogicznego, wspólnych korzeni, wspólnych przodków.

W stulecie "Wesela" nikt nie potrafił wystawić głośnego dramatu. Franciszek Ziejka, rektor UJ, autor wielu opracowań o Wyspiańskim i jego twórczości powiedział m.in.: "... Magia tego dramatu polega na tym, że jest on ponadhistoryczny. Gdyby znalazł się reżyser i chciał odczytać "Wesele" poprzez pryzmat tego, co dzieje się w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat, byłoby to znakomite dzieło, pokazujące, jak bardzo jesteśmy bezradni wobec spadku po epoce PRL i komunizmu". Maciej Rydel, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, od 30 lat dokumentujący historię rodu Rydlów, w poszukiwaniu przodków cofnął się do legend z IX wieku, gdy to, podobno wnuk Karola Łysego powierzył opiece małą francuską miejscowość swojemu krewnemu Wulgriniusowi Rudlowi. W XI w. Rydlowie wywędrowali do Szkocji, gdzie osiedli w miejscowości Riddell. W XVII wieku dotarli do Polski i osiedli najpierw w Żywcu, potem w ziemi tarnowskiej. Historia ich rodziny, zdaniem Macieja Rydla, obejmuje 12 pokoleń. Zabierając głos w "Polityce", w listopadzie minionego roku, powiedział: "Wesele" nieaktualne? Proszę spojrzeć na naszą scenę polityczną, zobaczyć, co dzieje się wokół. Można to spointować jednym zdaniem: Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno sznur".

tekst i fot. Józef Rusinek


Kontakt z redakcją
Strona główna
Przygotowane przez OPAL PG