Nasi na olimpiadzie

Od Zimowej Olimpiady w Salt Lake City minęło trochę czasu, myślę jednak, że czytelnicy "Oświęcimskiego Chemika" z przyjemnością przeczytają, co mieli do powiedzenia jej uczestnicy - zawodnicy Dworów S.A. Unii Dorota Zagórska i Mariusz Siudek. Tuż przed wyjazdem na MŚ do Japonii nasi łyżwiarze figurowi zgodzili się podzielić swoimi wrażeniami z tej najważniejszej dla każdego sportowca imprezy.

- Jak oceniacie swój start na olimpiadzie?

- Nie był to szczególnie udany występ - mówi Dorota Zagórska. - Nie wyszedł nam przede wszystkim program krótki, w którym popełniliśmy wiele błędów. Tak po prawdzie, to powinniśmy być zadowoleni, że po tej części konkurencji byliśmy na ósmej pozycji. Był to najniższy wymiar kary, jaki mogliśmy ponieść. Dobry program dowolny pozwolił nam przesunąć się przed Czechów i zająć ostatecznie siódme miejsce.

- Czy ta pozycja odpowiadała waszym aspiracjom?

- Na pewno nie - mówi Dorota. - Po cichu liczyliśmy na piąte miejsce, ale było ono realne tylko przy bezbłędnie wykonanych programach. Jakby popatrzeć, w stosunku do poprzedniej olimpiady w Nagano to jest awans o trzy pozycje, ale nie zapominajmy, że od tamtego czasu zrobiliśmy znaczny postęp.

- Jak myślicie, czy będziecie mieli okazję to miejsce jeszcze w przyszłości poprawić?

- Wybieramy się na olimpiadę do Turynu - wyznaje Mariusz. - Oczywiście nic na siłę. Jeśli mielibyśmy tam jechać, aby walczyć o wejście do pierwszej dziesiątki, to nie miałoby to sensu. Jak tylko zdrowie i forma dopisze, to czemu nie. Muszę powiedzieć, że mam takie ciche marzenie, aby i w Turynie być chorążym polskiej ekipy, jak to miało miejsce w Salt Lake City. To ogromne wyróżnienie dla każdego sportowca.

Zawodnicy oraz ich trenerka w strojach kadry narodowej, uszytych specjalnie na igrzyska olimpijskie
Fot. J. Bebak

- Jak się dowiedziałeś o tym, że masz wystąpić w tej zaszczytnej roli?

- Kilka dni przed odlotem do Stanów Zjednoczonych zadzwoniła do mnie zaprzyjaźniona dziennikarka, informując mnie o tym. W pierwszej chwili nie mogłem w to uwierzyć, ale okazało się to prawdą. Dlaczego zostałem wybrany? Może ze względu na posturę, a może jednak za docenienie naszej sportowej klasy.

- Czytelników z pewnością zainteresuje, jakie mieliście warunki lokalowe podczas pobytu na olimpiadzie?

- Mieszkaliśmy w wiosce olimpijskiej położonej na terenie należącym do uniwersytetu - mówi Dorota. - Pokoje były dwu- lub trzyosobowe. Kobiety i mężczyzn zakwaterowano osobno. Nam jednak, jako małżeństwu, pozwolono mieszkać razem. Pomieszczenia w akademiku były klimatyzowane. Miały o wiele wyższy standard niż w naszych miasteczkach studenckich.

- Jaki był dobór zawodników do poszczególnych pokoi?

- Generalnie mieszkało się dyscyplinami. Czyli przykładowo - skoczkowie ze skoczkami, a łyżwiarze z łyżwiarzami. Polacy zajmowali pierwsze piętro. Nad nami mieszkała ekipa Holandii, a jeszcze wyżej Koreańczycy.

- Z kim z polskiej drużyny szczególnie się zaprzyjaźniliście?

- W ekipie panowała dobra atmosfera - mówi Mariusz. - Jednak szczególnie dobre kontakty mieliśmy z łyżwiarzami szybkimi. Zygmunt, Abratkiewicz i Świst to bardzo mili ludzie. Podobnie jak czwórka naszych bobsleistów. Najmniej spotykaliśmy się ze skoczkami. Bynajmniej nie dlatego, abyśmy się nie lubili, tylko po prostu przebywaliśmy w wiosce w innym czasie.

- Z którą z par sportowych startujących na olimpiadzie znaleźliście wspólny język?

- Najlepiej znamy się z Rosjanami J. Bierieżną i A. Sicharulidze - mówi Dorota. - Może dlatego, że kiedyś razem trenowaliśmy w Petersburgu. Bardzo sympatyczni są też ich rodacy Pietrowa i Tichonow, a także Chińczycy, ale przeszkodą w nawiązaniu kontaktów z nimi jest w tym przypadku bariera językowa. Nie przepadamy natomiast za Francuzami.

- Co sądzicie o przyznaniu drugiego złotego medalu w konkurencji par sportowych Kanadyjczykom?

- To niebezpieczny precedens - przyznaje Mariusz. - Dużą rolę w tej sprawie odegrały amerykańskie i kanadyjskie media. Wywierały nacisk, aby podjęto taką decyzję. Moim zdaniem lepsi technicznie byli Rosjanie, natomiast jeśli chodzi o prezentację, to można by się było spierać. Wiadomo jednak, że nasza dyscyplina jest niewymierna i zawsze może dochodzić do kwestionowania wyników. Jednak ocena sędziów powinna być ostateczna i decyzje nie powinny zapadać przy zielonym stoliku.

- Kto z łyżwiarzy zrobił na was największe wrażenie?

- Muszę przyznać, że mam taką prywatną satysfakcję, że przewidziałem dużą karierę mistrzyni olimpijskiej Sarze Hughes. Nie. To nie żart - mówi Mariusz. - Jakieś cztery lata temu byliśmy w Nowym Jorku na Igrzyskach Dobrej Woli. Wtedy Hughes, jako mała dziewczynka, o której nikt nie słyszał, wystąpiła w pokazach jako przedstawicielka gospodarzy. Pojechała program z trudnymi potrójnymi skokami. Wtedy powiedziałem, że kiedyś będzie zdobywała medale na najważniejszych imprezach. Teraz ta przepowiednia się spełniła.

- Czy mieliście okazję spotkać się z Polonią i czy jest jej dużo w Salt Lake City?

- Polaków w stanie Utah nie ma może zbyt wielu, ale są bardzo aktywni. Chcieli się zorganizować, ale jak twierdzono, było ich do tego za mało. Przy okazji olimpiady okazało się, że jest ich dwa razy więcej niż przypuszczali. Zresztą wielu wolontariuszy było właśnie Polakami i jak mogli, starali się nam pomóc - mówi Mariusz.

- Czy były jakieś szczególne środki bezpieczeństwa na igrzyskach?

- Dało się wyczuć, że agenci ochrony są praktycznie wszędzie. Starali się jednak być dyskretni. Przykładowo byli ubrani w dresy sportowe, aby nie rzucać się w oczy. Szczególna kontrola była tylko przy wejściu do wioski olimpijskiej i na same obiekty sportowe.

- Jakie wrażenie zrobiło na was otwarcie i zakończenie olimpiady?

- Było to jedno z najlepszych widowisk, jakie widziałam - przyznaje Dorota. - Świetny był pomysł z lodowiskiem umieszczonym na stadionie. Ruch na lodzie jest płynny i szybki, a co za tym idzie bardziej interesujący dla kibiców. Jedyny minus to to, że było zimno, ale to nie zależało już od organizatorów.

- Czy udało się wam coś zwiedzić w Stanach Zjednoczonych?

- Nie było na to za dużo czasu. Dziewięć dni byliśmy w Chicago, gdzie zaprosiła nas znajoma pani Iwony Mydlarz-Chruścińskiej. Dzięki niej mieliśmy okazję potrenować na lodowisku, na którym na co dzień jest ona trenerką.

- Wracając do Salt Lake City, jakie warunki atmosferyczne tam panowały?

- Jest tam mała wilgotność. Powietrze jest wysuszone. W związku z tym chciało się ciągle pić, a zawodnicy w dyscyplinach wysiłkowych nieraz kończyli konkurencje skrajnie wyczerpani. Tak było na przykład z Pawłem Zygmuntem. Mnie natomiast dokuczał ból gardła - mówi Dorota.

- Czy była w Salt Lake wasza największa fanka z Japonii?

- Nie mogła przyjechać, ale będzie na pewno na Mistrzostwach Świata. Zawody odbędą się przecież w Nagano. Utrzymujemy z nią stały kontakt za pomocą SMS-ów.

- Czy udało się wam przywieźć jakieś pamiątki z Igrzysk?

- Prawdę mówiąc to asortyment nie był zbyt szeroki - mówi Mariusz Siudek. - Jak wróciliśmy do Salt Lake z Chicago, sklepik z pamiątkami świecił już pustkami. Wcześniej jednak udało mi się kupić breloczek na klucze z łyżwą. Mimo że jest on ciężki, bardzo mi się podoba. To już drugi breloczek z łyżwą. Pierwszy dostałem od księdza Pawła Łukaszki - olimpijczyka z Lake Placid. Olimpijskie pamiątki były dość drogie. Przykładowo podkoszulki kosztowały 30-40 dolarów, natomiast koszule 60-70. Za mały znaczek trzeba było zapłacić 10 dolarów.

- Igrzyska już za nami, powiedzcie, co czeka was w najbliższym czasie?

- Ostatnim akordem będą Mistrzostwa Świata. Potem od 26 marca do 9 kwietnia przebywać będziemy w Niemczech, gdzie w tym czasie razem z tamtejszą kadrą będziemy jeździć z pokazowymi występami. Święta Wielkanocne spędzimy więc za granicą. Nie jest to jednak dla nas żaden problem. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że dużą część życia spędzamy "na walizkach"

- Dziękuję za rozmowę.

TROF.


Kontakt z redakcją
Strona główna
Przygotowane przez OPAL PG